Gość
lenka16 napisał:
Ostatnio Pan umocnił mnie co do tego, że chce mnie mieć w zakonie. Pokazał mi to tak wyraźnie, że nigdy bym się nie spodziewała, że On może powiedzieć to tak jasno.
Słyszałam bardzo podobne stwierdzenie od jednej znajomej siostry...
Gość
Dziecko Boże, łączmy się w bólu. Może jak porozmawiam ze spowiednikiem, albo z siostrami to mi się co nieco rozjaśni.
Hebronka, myślę, że wystarczy dla nas obu miejsca. Dzieci są taaakie cudowne!
szukająca Boga, On jest bardzo pomysłowy. Kiedy sobie pomyślę, jak to wszystko się tak poukładało to chce mi się śmiać z samej siebie i swojego wcześniejszego niedowierzania.
Użytkownik
lenka16 napisał:
Dzieci są taaakie cudowne!
popieram!!! jako studentka pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej
a co do rodziców... tak z mojego skromnego doświadczenia... to się potrafi bardzo diametralnie zmienić w najmniej spodziewanym momencie... moi rodzice wiedzieli o moich planach ponad 5 lat, przed podjęciem przeze mnie ostatecznej decyzji. I byli bardzo przeciwni wizji mnie w życiu zakonnym. I gdy miałam im powiedzieć że już wstępuję, przeżywałam ogromny stres, kilka razy szłam do nich z zamiarem "dzisiaj im powiem" i wchodząc do ich pokoju tchórzyłam... oczyma wyobraźni słyszałam ich tysiące wymówek i pretensji, które na codzień słyszałam w kwestii mojego powołania. I gdy w końcu stwierdziłam, że nie mogę dłużej czekać i zebrałam się na odwagę, przeżyłam szok, bo moim rodzice po raz pierwszy byli mi w tej sprawie przychylni... ale to jeszcze nie był koniec... potem moi rodzice zawieźli mnie do Zgromadzenia, gdy tam wstępowałam i wtedy po raz pierwszy na żywo doświadczyli jak to wszystko wygląda... i wtedy wszystkie ich uprzedzenia minęły. Wreszcie na własne oczy zobaczyli, że ja tam jestem naprawdę szczęśliwa i wszelkie ich sprzeciwy co do mojej obecności tam zniknęły... to cudowne doświadczenie, gdy widzi się jak Bóg przemienia twoich rodziców... niestety nie mogę przy tym nie wspomnieć, że wszystko, co dobre, szybko się kończy... po 7 miesiącach ja musiałam przerwać formację ze względów zdrowotnych, a poglądy moich rodziców na temat zakonu, sióstr, powołania itp. wróciły do "normy"... aktualnie czekam na rozmowę z s.Inspektorką 20 stycznia i mam nadzieję, że podejmie decyzję o możliwości mojego powrotu do Zgromadzenia, wobec poprawy mojego zdrowia (w związku z tym gorąco proszę o modlitwę)... i wiem, że jeśli od września miałabym wrócić do Zgromadzenia, to moi rodzice znów będą temu przeciwni, a ja będę musiała rozpocząć walkę z tym od nowa... ale bardzo mocno doświadczyłam tego, że Bóg potrafi rozwiązać wszystkie takie problemy, które wydają nam się z początku nie do pokonania... i dlatego dziś już ta walka nie napawa mnie lękiem! oczekuję jej z niecierpliwością
trochę się rozpisałam, w sumie nie bardzo zgodnie z tematem wątku (bo mimo różnych przeciwności wierzę, że Bóg jest wierny i NIGDY nie zmienia zdania co do naszego powołania), ale tak mnie natchnęły ostatnie wypowiedzi
Offline
Gość
Nie wiem jak się tutaj znalazłam po tak długim czasie, ale czytam sobie i czytam. Wspominam.
Studiuję pielęgniarstwo. Mam chłopaka od 1,5 roku. Moja wiara... jej nie ma. Czasem tylko mijając siostrę zakonną uśmiecham się smutno.
Myślę, że powołanie może się skończyć, kiedy kończy się nasza wiara.
Ja myślę,że może to jest raczej droga do poznania być może innego powołania. Właśnie po to jest czas 'rozeznawania' żeby móc dokonać wyboru jaką drogą mam iść. Ale nie samemu. Trzeba się modlić. Pytać. Trzeba też patrzeć,czy będąc z kimś ta osoba nie oddala nas od innych ważnych spraw dla nas,czyli tu może być właśnie wiara. To są sprawy bardzo trudne,ale takie nad którymi trzeba się zastanowić.
Offline
Gość
Po raz kolejny wchodzę na forum, tym razem z lepszymi wieściami. Pan Jezus pociągnął mnie na nowo do siebie. Przebaczył, rozkochał. Teraz widzę, że ten upadek był jednak potrzebny, bo dotarło do mnie, że tylko z Jego łaską możemy działać. Sami zgubimy się szybko, bo jesteśmy bardzo marni i słabi.
Mój chłopak poszedł do Spowiedzi. Ucieszyłam się bardzo, że teraz nam to Bóg ładnie poukłada, że przygotujemy się do tego, aby jak się skończą studia wziąć ślub. Tylko, że odkąd zbliżyłam się na nowo do Jezusa i proszę Go o życie według Jego woli każdego dnia, to znowu wróciło. Ten szept w sercu, przynaglenie, oraz takie uczucie niezadowolenia, że coś jest nie tak, że nie jestem szczęśliwa, że to nie jest moja droga. Jestem teraz na takim samym etapie jak pięć lat temu: "Boże, przecież ja jestem takim grzesznikiem, jeszcze teraz po tym wszystkim, to nie jest możliwe. Ubzdurałam coś sobie. Proszę usuń to.".
Mam takie poczucie, że mogę kochać mocniej. Nie wiem co robić. Myślałam, że zakon był moim pięknym snem, który przeminął. Wtedy Bóg moją duszę napełniał pociechami. Teraz jest oschłość w sercu, tęsknota, brak przeżyć na modlitwie, a jednak głos się odzywa. Tylko przecież ja mam chłopaka. Chłopaka, z którym rozmawialiśmy nie raz o naszej przyszłości. Nie wiem co robić. Może mi ktoś doradzić? Może z własnego doświadczenia? Byliście w podobnej sytuacji?
Lenka to bardzo trudne co przeżywasz...ciężko cokolwiek doradzić...może Tobie pomogłyby nabożeństwa w intencji uzdrowienia...na tych nabożeństwach Bóg namacalnie działa i mi dużo rzeczy podczas nich się wyjaśniło...poza tym oklepana rada, ale jakiś Boży kapłan może coś by poradził...wiem jedno, jeśli nie jesteś do końca pewna małżeństwa to nie warto się w nie pchać, bo potem możesz bardzo cierpieć...najgorzej jeśli się pomylimy w wyborze naszej drogi życiowej...
Offline
Gość
Wirydiana, dziękuję Ci za radę. Mam zamiar jechać na Tyski wieczór chwały, który jest dwa razy w roku, może tam mi Jezus wyraźniej da poznać. Widzę to, jak czym dłużej się człowieknie potrafi zdecydować, jak wiele się nowych przeszkód pojawia. A Ty już rozeznałaś? :-)
U mnie mnie to długa historia, próbowałam już, ale odesłali mnie na terapię...
Offline
Gość
Niech się dzieje co chce. Nie będę Mu się dłużej opierać. Wstąpię. Wygląda na to, że już nawet wiem gdzie.
Ja też teraz próbuję drugi raz, odwagi....
Offline
Gość
Wirydiana, nie bójmy się, słuchajmy Go tylko. Wtedy wszystko się uda. Jeśli zostanę utwierdzona na skupieniu u sióstr, na które się wybieram, to będę musiała zdecydować czy już na pewno powiem Mu tak i wstąpię czy nie. Powiem szczerze, że się boję, że już do główy różne myśli przychodzą, walka jest wielka. Chciałam odłożyć tę decyzję na za dwa lata, ale teraz widzę, iż tylko zasmucam Jezusa swoim niedowiarstwem i nieufnością.
Trzymaj się, bądź dzielna.